_DSC9559_20160119_091820

07 Wrz Niespodziewanie fascynujące Delhi

Miasto wokół nas wyglądało jak po wojnie. Jechaliśmy pomiędzy zabitymi deskami ruderami,  obłożonymi prowizorycznie blachą falistą i folią, za nami z ujadaniem biegły jakieś zdziczałe kundle. Gdzieniegdzie w ciemnościach płonęły malutkie ogniska, przy których siedziały okutane w koce postaci. Nasz kierowca i jego znajomy, czy pomocnik, który  dosiadł się po drodze   coraz bardziej zdenerwowani krążyli po wąskich uliczkach próbując znaleźć hotel, w którym mieliśmy się zatrzymać (bo rzecz jasna, to, że ktoś jest taksówkarzem i przyjął kurs, wcale nie znaczy, że zna drogę. Albo, że będzie potrafił odczytać wskazówki z GPSa w naszym telefonie). Patrzyliśmy na siebie z coraz bardziej niewyraźnymi minami, a Wojtek podejrzanie uprzejmym tonem zapytał czy aby na pewno właśnie tu chciałam się zatrzymać.  No cóż, kiedy okazało się, że żeby złapać poranny pociąg do Agry, musimy zostać w Delhi chwilę dłużej, backpakerskie okolice Paharganj czyli Main Bazaar wydawały się świetną opcją. Teraz jednak zaczynałam myśleć, że coś pokręciłam, a przez głowę przelatywały mi wszystkie złe rzeczy, jakie słyszałam o Delhi, a które spowodowały, że początkowo w ogóle nie chciałam tu przyjechać – uliczna bieda, choroby, korupcja, brud, okropna sytuacja kobiet, narażonych na molestowanie i brutalne gwałty. Na koniec przypomniałam sobie, określenie „odbyt Indii”, jakiego w odniesieniu do Delhi użyła chyba Paulina Wilk – i zastanowiłam się, czy to oznacza, że, hmm, jesteśmy w dupie.

Na szczęście po kilku dalszych minutach bezładnego jeżdżenia w kółko, w którejś  z przecznic mignęła nam nazwa naszego hotelu i zrobiwszy jeszcze tylko dwa okrążenia wyładowywaliśmy się przed drzwiami.  Ku naszej uldze, hotel okazał się czysty, jasny i wygodny.

Następnego dnia, po całkiem nieźle mimo wszystko przespanej nocy, wyszliśmy poszukać śniadania i rozejrzeć się po okolicy, która w dziennym świetle nie wyglądała już jak teren działań wojennych. Powoli otwierały się sklepiki, kramy i jadłodajnie. Stoiska z wielkimi aluminiowymi garami, z których sprzedawano mocną, gorącą i słodką spienioną herbatę z mlekiem, otaczały grupki zziębniętych mężczyzn, inni czekali na klientów ogrzewając się przy niewielkich ogniskach.  O tym, że miejscowi żyją z turystów świadczyły zdobiące co drugą fasadę szyldy hosteli i guesthausów oraz menu okolicznych knajpek serwujących nie tylko english ale też polish czy czech breakfast. Jeśli jednak ktoś spodziewa się czegoś w rodzaju bangkockiego Khao San Road, raczej się zawiedzie. To nie jest imprezowa enklawa – piwo jest drogie i trudno dostępne, wszystko zamyka się i zasypia koło północy i wygląda właśnie tak, jak wtedy, kiedy przyjechaliśmy. To miejsce jest wciąż bardziej indyjskie niż turystyczne – mimo mnóstwa tanich hoteli, stoisk z tanimi ciuchami i  magnesami, niemieckimi bułeczkami i płatkami kukurydzianymi na śniadanie, obowiązujące obyczaje są nadal lokalne. Jakoś nie potrafię sobie tutaj wyobrazić tłumów nałojonych balangowiczów wędrujących od baru do baru o 3 nad ranem.

_DSC9361_20160119_055736

Po śniadaniu ruszamy do Old Delhi. Nie jedziemy metrem, bo chcemy po drodze zobaczyć miasto, decydujemy się  więc na tuk-tuka. Mimo tłoku na drogach, pędzimy zakurzonymi ulicami z prędkością od której furkocze plandeka na naszej trójkołówce, a zimny wiatr podszywa nam bluzy i polary. Wyciągnęliśmy najcieplejsze rzeczy, jakie mieliśmy w plecakach, ale i tak jest pierońsko zimno. Nie zwracamy na to większej uwagi, bo dookoła dzieje się mnóstwo interesujących rzeczy – między jadącymi z pełną prędkością ciężarówkami, ktoś powozi wozem zaprzężonym w bawoła, szeroki chodnik tuż przy ulicy zajmuje coś w rodzaju kancelarii – przy maszynach do pisania wyglądających tak, jakby mogła z nich korzystać Agatha Christie, siedząc w kucki czekają kanceliści, za drobną opłatą wystukujący urzędowe pisma i prywatne listy, niepotrafiącym pisać klientom. Kiedy myślimy o tym teraz, zastanawiamy się, czy nie była to najbardziej egzotyczna rzecz, jaką widzieliśmy – i jednocześnie najwięcej mówiąca o Indiach – zawieszonych gdzieś między historią a współczesnością i funkcjonujących jednocześnie w tych wszystkich planach czasowych.   Łatwo można dotrzeć do danych mówiących, że aż 40% mieszkańców Indii to analfabeci, ale dopiero widząc na ulicy XXI -wiecznej metropolii taką ożywioną pocztówkę z przeszłości, rozumie się, co to oznacza. W tym wypadku, prawdą okazuje się powiedzenie, że to, co najważniejsze zostaje pod powiekami i we wspomnieniach – nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia, bo kierowca tuk-tuka pruł jak do pożaru i zanim zdążyliśmy się zorientować , co właściwie widzimy, byliśmy już prawie pod Czerwonym Fortem, który w mglistym, szarym od kurzu i spalin powietrzu wyglądał jak zamek z bajki.

_DSC9396_20160119_074257

Na trawie i w drzewach obok fortu harcują małe szare wiewiórki, z gatunku Chip i Dale i zielone papużki, które kojarzą się nam ze znacznie cieplejszymi miejscami, ale nie wyglądają, jakby panujące dookoła wilgotne zimno im przeszkadzało.

_DSC9414_20160119_074657

Pod fortem zaczepia nas chłopak z rowerową rikszą i przekonuje, żebyśmy zabrali się z nim na Old Bazaar. Patrzymy na niego z powątpiewaniem, bo wygląda jak połowa najchudszego z naszej dwójki, ale gość nie odpuszcza, pręży muskuły i zapewnia, że jest nie tylko bardzo silny, ale mnóstwo wie i będzie świetnym przewodnikiem (na końcu rzeczywiście okazuje się nie w ciemię bity, bo cena, którą nam podał na początku, okazuje się ceną za godzinę, a nie za całą wycieczkę, ale zapracował na nią solidnie 😉 No dobra, lokalny guide to zawsze dobry pomysł, jedziemy!

Ruszamy przez Chadni Chok – podobno najbardziej indyjską z indyjskich ulic, której nazwa oznacza Księżycową Ulicę lub Księżycowy Plac – jak ktoś nam tłumaczył, dlatego, że wyjątkowo urokliwie wygląda wieczorem. Za dnia jest zatłoczona przez tysiące samochodów, motorów i riksz, zdewastowane, ale wciąż piękne  pobrytyjskie kamienice sąsiadują z nowymi budynkami w stylu polskich lat dziewięćdziesiątych, a jedne i drugie obwieszone są splątanymi kłębami kabli

_DSC9643_20160119_102742_DSC9446_20160119_081449_DSC9471_20160119_083258delhi

Bliżej Targu Przypraw samochodów jest nieco mniej. Ustępują miejsca długim drewnianym wózkom, zaparkowanym w rzędach na środku ulicy, służących do transportu ciężkich paczek. Wokół coraz więcej straganów z kolorowymi kopczykami – na stołach pysznią się usypane w misterne stożki czerwone chili, żółta kurkuma, orzechy, pestki, suszone owoce, zmatowiałe kryształy cukru, okrągłe, płaskie ziarna soczewicy i podłużne, perłowe – ryżu.

_DSC9469_20160119_083200_DSC9463_20160119_082843 _DSC9465_20160119_082943 _DSC9466_20160119_082950

 Można kupić torebkę pistacji wprost na ulicy, od sprzedawcy, który wygląda równie kolorowo, jak sprzedawany przez niego towar, albo wejść do jednego z ukrytych w głębi sklepików, gdzie ekspedienci pełnym szacunku tonem będą prowadzić z wami długą dyskusję na temat subtelnych różnic między kilkoma gatunkami herbaty.

targ

Ale serce Spice Marketu bije w starym pałacu, przekształconym w bazar po bankructwie właściciela. Wewnątrz trudno odnaleźć ślady dawnej świetności – z gołych ścian zwisają kable, w kantorkach poupychanych we wnękach,  za brudnymi szybami, wąsaci mężczyźni w okularach sumują rzędy cyfr w pożółkłych zeszytach. Dookoła ciągły ruch – staramy się nie wchodzić w drogę zniecierpliwionym tragarzom dżwigającym na głowach stosy paczek, ale nie jest to proste, bo są ich dziesiątki – nadchodzą z różnych stron, mijają nas szybkim krokiem, niemal biegiem. Ich ścieżki się krzyżują, ale nie dochodzi do kolizji – jedynie my, ze swoimi aparatami i turystyczną niezgrabnością,  wchodzimy im pod nogi.

_DSC9551_20160119_091502 _DSC9535_20160119_091402 _DSC9527_20160119_091255

Nasz przewodnik kiwa na nas ręką, więc ruszamy za nim. W ciemnej i wilgotnej klatce schodowej przytulamy się do ściany, bo krętymi schodami wciąż mijają nas objuczeni mężczyźni – nie patrząc pod nogi, biegnąc w górę lub w dół, starają się jak najszybciej dostarczyć swój ciężar na miejsce przeznaczenia.

Wychodzimy na taras nad wewnętrznym dziedzińcem. Stąd najlepiej widać resztki urody tego miejsca  – arkadowe okna, smukłe wieżyczki, ozdobne kolumny i misternie rzeźbione balustrady. Wiedziona hinduską miłością do koloru, czyjaś ręka pomalowała część zszarzałej, zawilgoconej fasady w pastelowe róże, fiolety i zielenie. Wygląda to trochę jak bajkowa, rysunkowa wstawka do czarno-białego filmu. Cała widoczna przestrzeń pełni funkcję magazynowo-handlowo- mieszkaniową.  Z otwartych jutowych worków wysypują się poskręcane strąki papryki i długie płaty kory cynamonowej. Ktoś gdzieś rozwiesił pranie, ktoś wydaje polecenia tragarzom, ktoś czeka na klienta.

_DSC9520_20160119_090949 _DSC9519_20160119_090847 _DSC9516_20160119_090809_DSC9518_20160119_090838

Z krużganków można wejść wyżej, na dach, z którego widać dziedziniec meczetu, oraz, jeśli przebijecie się wzrokiem przez smog, panoramę Delhi. Uliczki otaczające Spice Market to dalsza część bazaru. Każda z nich wyspecjalizowała się w innym asortymencie – jest Silver Market, Wedding Market, Shoes Market, jest wąska uliczka przy której przycupnęły garkuchnie serwujące parathę – płaskie placki, jedno z najpopularniejszych indyjskich dań śniadaniowych. W każdej z uliczek – tłumy przechodniów, handlarzy, kupujących i kulisów pchających drewniane wózki. Z góry, z gzymsów, dachów i parapetów teren patrolują małpy, wypatrujące okazji żeby porwać coś do jedzenia.

_DSC9622_20160119_101238 _DSC9610_20160119_094042 _DSC9641_20160119_102639 _DSC9609_20160119_094034

W końcu głodniejemy, ale szkoda nam tracić czasu na dłuższe siedzenie w restauracji. Co prawda stragany z jedzeniem wyglądają chyba najbardziej obskurnie z tych, które mieliśmy dotąd okazję widzieć, ale za to wszystko jest smażone w głębokim tłuszczu, więc liczymy na to, że ewentualne zarazki zdążyły zginąć straszną śmiercią, zanim nam zaszkodzą ; ) Wybieramy panierowane kanapki z serem i mocno przyprawioną warzywną pastą – są gorące, pikantne, rozpuszczony biały ser delikatnie się ciągnie.  Znakomite! Na deser jalebi – ciastka dopiero co wyjęte z wrzącego oleju, nasączone syropem – jednocześnie chrupkie i klejące, parzące usta i palce, słodkie i przepyszne.

_DSC9585_20160119_093406 _DSC9591_20160119_093453 _DSC9595_20160119_093701 _DSC9597_20160119_093754 _DSC9607_20160119_094027

Po głośnym i zatłoczonym Old Bazaar, jedziemy zobaczyć zupełnie inną część Delhi. Grobowiec Humajuna, który podobno był inspiracją dla twórców Taj Mahal, jest przedsmakiem tego, co czeka nas jutro i przy okazji łapiemy tam chwilę oddechu.

_DSC9752_20160119_121739 _DSC9770_20160119_122800

Powoli zbliża się zmierzch, a my chcemy jeszcze zobaczyć Gurudwara Bangla Sahib, Złotą Świątynię Sikhów. Po drodze mijamy kolejną, po tej z Mumbaju, Bramę Indii – nawiasem mówiąc, ciekawe, czy jest ich więcej ; )

_DSC9796_20160119_132540

Kiedy docieramy pod Gurudwarę jest już ciemno, ale wokół jasno oświetlonej świątyni wciąż jest pełno ludzi. Wiele wcześniej o niej słyszeliśmy – nie tylko, że jest piękna i bogata, ale przede wszystkim, że to wyjątkowo przyjazne miejsce, w którym każdy, bez względu na pozycję, wyznanie czy płeć, może liczyć na posiłek i miejsce do spania. Sikhowie, zgodnie z nakazami swojej religii, kierują się w życiu zasadami równości, uczciwej pracy i służby na rzecz społeczności i najwyraźniej nieźle na tym wychodzą, bo podobno statystycznie są zamożniejsi niż wyznawcy innych religii. Przekonujemy się też, że są świetnie zorganizowani. Tuż przy wejściu na teren świątyni znają się drzwi z napisem „Foreign tourist” – wchodzimy do środka, licząc na jakąś skserowaną ulotkę. Zanim jeszcze zdążymy się rozejrzeć, ktoś pyta w jakim języku mówimy i po chwili podchodzi do nas młody chłopak w tradycyjnym sikhijskim turbanie i  świetnym angielskim przedstawia się jako nasz przewodnik. Chwilę wyjaśnia nam zasady – jesteśmy teraz w czymś w rodzaju szatni, gdzie trzeba zostawić buty, ostre przedmioty, wszystko, co może wzniecić ogień oraz papierosy, alkohol czy narkotyki, jeśli ktoś nosi przy sobie. Obydwoje dostajemy chustki na głowę, a zanim wejdziemy do świątyni musimy przejść przez wypełnioną wodą nieckę, aby opłukać stopy i obmyć ręce. Zimno! Wchodzimy do oświetlonego wnętrza – w blasku świec, świateł i lampek błyszczą złote zdobienia, na rozłożonych na podłodze dywanach siedzą wierni, słuchający melodyjnej recytacji wersetów świętej księgi. Panuje atmosfera spokojnej medytacji. Przysiadamy na chwilę, od mężczyzny w turbanie dostajemy na dłoń słodką maślaną grudkę –  symboliczny poczęstunek i błogosławieństwo. Nasz przewodnik opowiada nam o zasadach i historii sikhizmu i oprowadza po całym świątynnym kompleksie – największe wrażenie robi bez dwóch zdań wielka kuchnia z przepastnymi garami, w których przygotowywane są ogromne ilości dahlu z soczewicy, curry i warzywnych gulaszy. Podobno codziennie wydaje się tu kilka tysięcy posiłków. Każdy może poprosić o posiłek – każdy może też zostać w świątyni na dowolny czas i jako wolontariusz pomagać w kuchni.

_DSC9849_20160119_142244 _DSC9832_20160119_142222

Kiedy wychodziliśmy, przed wejściem zebrał się już spory tłumek czekający na kolację.

_DSC9872_20160119_142542

Złotą Świątynię Sikhów naprawdę warto odwiedzić,  nie tylko ze względu na architekturę – to, co jest najbardziej interesujące, to sposób w jaki ta społeczność zachowuje z szacunkiem swoją tradycję, a jednocześnie skutecznie odnajduje się we współczesnym świecie. Najbardziej zapadł nam w pamięć klimat życzliwej otwartości no i ich imponująco dobra organizacja – przy pożegnaniu dostaliśmy od naszego przewodnika broszurkę po polsku i kontakt na fejsie!

Wyszliśmy po chyba trzech godzinach, a burczenie w brzuchach oznaczało, że zdecydowanie dla nas też przyszła pora na kolację, a pod samą świątynią, tuż obok parkingu tuk-tuków jest całkiem niezła miejscówka:

_DSC9873_20160119_144331_DSC9884_20160119_144827_DSC9895_20160119_145802 _DSC9902_20160119_145904 _DSC9904_20160119_145915

I załapaliśmy się nawet na stolik : )

_DSC9882_20160119_144821_DSC9887_20160119_145005

Na Paharganj wracamy w samą porę – ulica jeszcze nie śpi, zdążymy wypić jakieś piwo i spróbować uwierzyć, że już jutro naprawdę zobaczymy Taj Mahal. Jupi! Stay tuned!

_DSC9910_20160119_163327 _DSC9921_20160119_164517 _DSC9928_20160119_165549 _DSC9937_20160119_165929 _DSC9939_20160119_165956 _DSC9955_20160119_170714

Praktycznie:

 ♥ z lotniska w New Delhi możecie dostać się do miasta metrem, autobusem albo taksówką. My korzystaliśmy z pre-paid taxi – za kurs do Paharganj zapłacicie ok. 300 INR

♥ zatrzymaliśmy się w hotelu Cottage Yes Please – za pokój z ciepłą wodą i klimą płaciliśmy 1150 INR czyli ok. 70 zł

♥ rowerowa riksza z przewodnikiem po Old Bazaar kosztuje ok. 200 INR za godzinę

Podobał Ci się ten tekst, znalazłeś w nim przydatne informacje? Daj nam lajka i podziel się ze znajomymi – będzie nam bardzo miło! Chcesz o coś zapytać, pogadać, albo napisać, że pięknie wyglądamy na zdjęciach 😜? Czekamy w komentarzach!

 

Może Cię też zainteresuje:

No Comments

Post A Comment