_dsc9993_20160120_062935

19 Paź 6.00 do Agry

Taj Mahal jest jednym z cudów świata i w dwie sekundy znajdziecie w sieci wszystko, co chcielibyście wiedzieć na jego temat,  wraz z pięknymi zdjęciami wykonanymi w idealnym świetle, bez tłumów turystów kłębiących się tam ze swoimi tabletami, telefonami i selfiestickami. Więc zamiast powtarzać to wszystko, co inni już dawno opowiedzieli znacznie lepiej od nas, mamy dla Was krótką historyjkę o tym jak NIE jeździć pociągiem po Indiach i co w Agrze zachwyciło  na nawet bardziej niż Taj Mahal.

No to od początku. W Indiach nie zawsze możliwe jest kupienie biletu na pociąg z dnia na dzień, albo tuż przed odjazdem. Zwłaszcza na bardziej popularne trasy, albo kiedy  na przykład chciałbyś jednak mieć miejsce siedzące. Więc na wszelki wypadek kupiliśmy bilety jeszcze z Polski. W przeddzień wyjazdu do Agry, ponieważ jesteśmy rozsądni i odpowiedzialni (i mając w planach na wieczór wykończenie flaszki rumu Old Monk, który jest najprawdopodobniej najobrzydliwszym alkoholem na świecie) przeszliśmy się na dworzec, żeby obczaić dokładnie skąd następnego ranka rusza nas pociąg.

Nie było to takie łatwe, bo tablica odjazdów wygląda tak:

_DSC9962_20160119_171708

No dobra, żartujemy, była też anglojęzyczna wersja ; ) Staliśmy sobie pod tą tablicą, kiedy podszedł do nas sympatyczny gość w europejskich ubraniu i życzliwie (po angielsku) zapytał, czy może w czymś pomóc. Kiedy dowiedział się, ze jedziemy do Agry, pokazał nam z którego peronu będziemy odjeżdżać, poradził, żeby jeszcze upewnić się w informacji, czy pociąg nie został odwołany (co zrobiliśmy). Pogadaliśmy sobie miło przez chwilę o tym i o owym i ruszyliśmy w swoją stronę. Następnego ranka kierujemy się prosto do wejścia na peron, kiedy nagle łapie mnie za ramię nasz wczorajszy znajomy.

-Hej, wy jedziecie do Agry, prawda? Macie strasznego pecha, bo wasz pociąg właśnie odwołali!

Stanęliśmy na chwilę zdezorientowani – chłopak wyglądał naprawdę sympatycznie i brzmiał przekonująco, ale w jakimś przebłysku intuicji poczułam, że coś tu nie gra i gdzieś z tyłu głowy przypomniało mi się, że gdzieś słyszałam o takich dworcowych naciągaczach. Pociągnęłam Wojtka za rękaw i ignorując coraz bardziej rozgorączkowanego Hindusa,  ruszyliśmy do schodów na peron.  A na peronie…. oczywiście, stał nasz pociąg, gotowy do odjazdu i ani trochę nie wyglądający na odwołany. Odszukaliśmy się jeszcze tylko na papierowych listach z nazwiskami pasażerów, przypiętych na drzwiach wagonów i zajęliśmy swoje miejsca. Gdybyśmy uwierzyli chłopakowi z dworca, prawdopodobnie okazałoby się, że może nam załatwić bilety na następny pociąg, ale wiadomo, ekspresowa miejscówka musi ekstra kosztować ; ) albo pojawiłby się jego kuzyn, wujek czy szwagier, który za rozsądną kasę mógłby nas zawieźć do Agry. No ale nie uwierzyliśmy i mogliśmy spokojnie kontynuować podróż naszym bardzo komfortowym pociągiem – w wygodnych fotelach, z dużą ilością miejsca na nogi, z przydziałową gazetkę i ciepłym śniadaniem.  Po prostu idealne warunki, żeby odespać trochę wczorajszy długi wieczór. Na wszelki wypadek nastawiliśmy budzik na 20 minut przed planowanym przyjazdem do Agry i ucięliśmy sobie krótką drzemkę. Budzik zadzwonił, przeciągnęliśmy się i zaczęliśmy obserwować krajobraz za oknem, gdy nagle kobiecy głos z głośnika poinformował, że zbliżamy się do stacji Agra i niemal w tym samym momencie wjechaliśmy  na peron. Nieco zaskoczeni tym błyskawicznym rozwojem wypadków w popłochu złapaliśmy torby i wyskoczyliśmy z pociągu. Już na zewnątrz, zebraliśmy do kupy nasze bambetle, zarzuciliśmy plecaki i zaczęliśmy rozglądać się za wyjściem. I jak się rozejrzeliśmy, to coś się nam przestało zgadzać : ) Bo w takiej Agrze, z Taj Mahalem, to powinno przecież wysiąść mnóstwo ludzi, a już na pewno turystów, a wygląda na to, że wysiedliśmy tylko my. Przy drugim rzucie oka zauważamy, że na tabliczkach z nazwą stacji nie jest napisane „Agra” tylko „Mathura Junction” – jeszcze przez chwilę próbujemy sobie tłumaczyć, że może to coś  w rodzaju nazwy dzielnicy, wiecie, jak np. Oliwa w Gdańsku i bez większego przekonania wychodzimy przed dworzec, który wygląda jakby stał pośrodku niczego, a największą atrakcją turystyczną w okolicy jesteśmy właśnie my, bo miejscowi przyglądają się nam z nieskrywanym zainteresowaniem. Sprawdzamy GPS w telefonie – do Agry mamy 50 km jak w mordę strzelił. Zawracamy do środka, zastanawiając się, jak to u licha możliwie – no może ten piekielny Old Monk upośledził trochę naszą poranną bystrość, ale przecież nie aż tak ; )

Tak czy inaczej, musimy sprawdzić, kiedy  mamy następny pociąg do Agry. W informacji dowiadujemy się, że  kolejny pociąg odjeżdża za 5 minut – więc z wywieszonymi językami lecimy do kasy. Jak już ją w końcu znaleźliśmy, zrelaksowany zawiadowca stacji mówi nam, że niepotrzebnie się spieszymy, po pociąg będzie dopiero za pół godziny (ostatecznie był za 20 minut ;). Kupujemy bilety za równowartość jakichś 2 złotych i zaczynamy czekać. Tu mała dygresja, bo nie pamiętam, czy już o tym pisaliśmy: Wojtek wzbudzał w Indiach zainteresowanie jak jakaś gwiazda filmowa. Wszędzie gdzie byliśmy, krążyli wokół niego zafascynowani mężczyźni, kombinujący jakby go ukradkiem dotknąć, co odważniejsi pytali czy mogą zrobić sobie z nim zdjęcie, mniej odważni cykali mu foty z daleka udając, że fotografują coś za nim : )  No i stoimy na tym peronie, a obok nas wysoki Hindus, bosy, owinięty kraciastym pledem i trzymający w ręku drewnianą lagę. Stoi obok nas i nie odrywa od Wojtka płonącego spojrzenia – kiedy próbujemy się odsunąć, podąża krok w krok za Wojtkiem, utrzymując odległość nieco większą niż pół metra. Sytuacja jest tak absurdalna, że z trudem tłumię chichot – On cię zaraz pocałuje, mówię ci – podpuszczam Wojtka, bo widzę, że on w środku też gotuje się ze śmiechu.

Na szczęście (albo niestety, zależy od perspektywy ; ) na peron wtacza się nasz pociąg. Nie wiadomo skąd pojawiają się sprzedawcy jedzenia z wyładowanymi tacami i herbaciarze z dzbanami i małymi szklaneczkami i przez chwilę na dworcu słychać jedynie śpiewne nawoływanie: czaj, czaj, czaj… Transakcje dokonywane są przez pozbawione szyb, zakratowane okna wagonów:

dsc_0338

Wchodzimy do środka i od razu jest jasne, że miejsc siedzących nie ma już od dawna – niemal każdy centymetr kwadratowy jest już zajęty przez ludzi i ich pakunki. Nad głowami pasażerów, którzy załapali się na miejsca na plastikowych siedziskach zwisają bose stopy tych, którzy przycupnęli na górnych półkach bagażowych.  W tej sytuacji zdecydowaliśmy, że zostajemy w korytarzu, mając za towarzystwo jedynie czterech miejscowych chłopaków, którzy na widok Wojtka popadli w tradycyjną ekscytację i zaczęli robić sobie selfie na tle znajdujących się za naszymi plecami drzwi do kibla. Więc jeśli traficie kiedyś w odmętach intermetu na nasze głupie miny w okolicznościach kolejowo-toaletowych, to będzie właśnie to, pozdrawiamy z Indii!

Po niecałej godzince dotarliśmy w końcu do Agry i nie tracąc już czasu ruszylismy prosto do Taj Mahal. I cóż możemy powiedzieć – tak, jest absolutnie zachwycający, nawet częściowo obudowany rusztowaniami, nawet pomimo tych tłumów krążących dookoła, stojących w kolejkach do wejścia, do toalety i do miejsca, w którym można zrobić najlepsze zdjęcie. Spędziliśmy tak kilka godzin ciesząc się (i trochę nie dowierzając) tym, że tam jesteśmy, zachwycając się misternymi, kolorowymi detalami (bo Taj Mahal z bliska wcale nie jest biały), karmiąc wiewiórki i  starając się po prostu wchłonąć ten widok na zapas.

_dsc0028_20160120_070335_dsc0188_20160120_105610_dsc0146_20160120_083604

Siedzielibyśmy tam pewnie dłużej, gdyby nie to, że w końcu zgłodnieliśmy. Wybraliśmy knajpkę, która wyglądała na najmniej grożącą zatruciem pokarmowym, zamówiliśmy pysznie pachnącą masala dosa, rozsiedliśmy się wygodnie i właśnie wtedy zauważyliśmy mysz przebiegającą przez talerze, z których zaraz mieliśmy jeść. Przez chwilę zastanawialiśmy się czy jednak nie wolimy być głodni, ale doszliśmy do wniosku, że myszka wyglądała na zdrową i zadowoloną z życia, więc nam pewnie też nic nie będzie. I nie było : )

dsc_0367

W planach mieliśmy jeszcze odwiedzenie Czerwonego Fortu – słyszeliśmy, że jest interesujący i znacznie bardziej warty odwiedzenia niż ten w Delhi, ale po przedpołudniu spędzonym w Taj Mahal nie spodziewaliśmy się, że coś jeszcze zrobi na nas wrażenie. A tu wtem!

Słuchajcie, Czerwony Fort w Agrze jest miejscem, którego w żadnym razie nie wolno pominąć – z zewnątrz warowna forteca, w środku zielone ogrody, zaciszne, wyłożone kremowym marmurem dziedzińce, delikatne, koronkowo-ażurowe krużganki, przynoszące ochłodę sadzawki i źródełka no i ten widok na Taj Mahal!

_dsc0159_20160120_102059 _dsc0161_20160120_102226_dsc0243_20160120_114444_dsc0217_20160120_113501_dsc0234_20160120_113902 _dsc0239_20160120_114131 _dsc0240_20160120_114247_dsc0206_20160120_110725

Na terenie Fortu znajduje się Meczet Perłowy, uważany za jeden z najpiękniejszych w Indiach, który w czasie naszego pobytu był zamknięty dla zwiedzających – może to i lepiej, bo i tak prawie wypadły nam oczy z zachwytu.

Dla kontrastu natomiast sama Agra jest całkowicie pozbawiona splendoru i właściwie wygląda na to, że nie bardzo czerpie korzyści  ze swojej wspaniałej przeszłości i statusu jednej z największych atrakcji turystycznych świata. Taksówki czy tuk-tuki są np. znacznie tańsze, a kierowcy mniej cwani i zmanierowani  niż w takiej Varkali, która jest po prostu nadmorskim kurortem.

_dsc0168_20160120_102547_dsc0164_20160120_102323

Najbardziej uderzający jest kontrast między wspaniałością Taj Mahalu, a biedą, brudem i chaosem, który go otacza – wystarczy dosłownie wyjść za bramę, żeby znaleźć się tutaj  – a pamiętajcie, że to prawdopodobnie najbardziej turystyczna część Agry – z hostelami i knajpkami z angielskim menu:

dsc_0412

Po naprawdę długim dniu znowu znaleźliśmy się na dworcu, żeby wrócić do Delhi, a ponieważ najwyraźniej nie był to nasz szczęśliwy dzień na podróże koleją, nasz pociąg spóźnił się o ponad dwie godziny – a że zarząd Kolei Indyjskich postanowił nas oswajać z tą wiedzą powoli, spędziliśmy ten czas na zimnym peronie, wpatrując się w tablice z rozkładem jazdy, które co 10-15 minut mamiły nas informacją, że pociąg pojawi się już za chwilkę, za 5 minut. W tej sytuacji uważamy za sukces, że jak już w końcu przyjechał, to udało nam się wysiąść na właściwej stacji : )

Indyjskie Koleje, to coś znacznie więcej niż środek transportu – to jedna z istotniejszych instytucji życia społecznego w Indiach. Paulina Wilk (która wie o Indiach wszystko i potrafi o tym tak pisać, że nie można się oderwać), powiedziała, że podróż pociągiem jest hinduskim rytuałem narodowym. Więc, jeśli traficie do Indii, po prostu musicie wsiąść do pociągu. Tylko zróbcie to lepiej niż my – np. nie pijcie wcześniej Old Monka ; )

Praktycznie:

♥ Za bilet na wypasiony pociąg Delhi-Agra-Delhi zapłaciliśmy ok. 140 zł za dwie osoby

♥ Wstęp do Taj Mahal dla zagranicznych turystów kosztuje 1000 INR (ok. 60 zł)

♥ Bilet do Czerwonego Fortu kosztuje 550 INR. Teoretycznie, osobom, które mają przy sobie bilet z tego samego dnia z Taj Mahalu, przysługuje zniżka, ale kiedy o to zapytaliśmy, Pan w kasie przestał rozumieć po angielsku ; )

Podobał Ci się ten tekst? Nie bądź taki, dawaj lajka i podziel się ze znajomymi ; ) Masz pytanie, uwagę, albo komplement (na to liczymy najbardziej ; )? Nie duś tego w sobie, czekamy w komentarzach!
 
2 Comments
  • Daniel
    Posted at 11:34h, 21 października Odpowiedz

    zdrowo się pośmiałem z tekstu i Waszych przygód… hahaha Wojtek powinien spróbować kariery w Bollywood, skoro się podoba.. Grałby jakiegoś maczo, bo w porównaniu do Hindusów to z oczy mu wyziera dojebana testosteronem bestia ahahaha no i piękne zdjęcia… ukradłbym to z hotelu..

    • Państwo na walizkach
      Posted at 21:52h, 25 października Odpowiedz

      Bestia, mówisz? Nigdy nie widziałam tego w ten sposób ; ) Ale też go namawiam na zostanie gwiazdą Bollywood : )

Post A Comment