DSC_1226-01

03 Gru W irańskich samochodach mieszka diabeł. Teheran.

Z Teheranem jest taka sytuacja, że podróżnicy odwiedzający Iran  na ogół uważają, że jest hałaśliwy, nieciekawy i brudny, albo w ogóle go omijają. Natomiast Irańczycy, a zwłaszcza teherańczycy, najczęściej swoją stolicę uwielbiają!

– To takie nowoczesne miasto – wspominał z tęsknym rozmarzeniem w głosie właściciel jednego z hosteli w Shiraz, który pochodzi z Teheranu, ale interes prowadzi na południu kraju.

– W Teheranie zawsze się coś dzieje, jest się gdzie zabawić, nie to, co tutaj – narzekał młody chłopak, którego spotkaliśmy gdzieś pod Kashan

– Ludzie w Teheranie są zupełnie inni – otwarci, liberalni – przekonywał nas taksówkarz z Isfahanu.

No to jak właściwie jest z tym Teheranem? Niecałe dwa dni, jakie tam spędziliśmy to prawie nic i z pewnością za mało, żeby żeby poznać miasto, ale zdążyliśmy załapać, że obie strony mogą mieć rację.

Z zachodniego punktu widzenia nowoczesność i liberalizm Teheranu są raczej dyskusyjne, ale Irańczycy, zwłaszcza Ci mniej religijni i bardziej wykształceni nie porównują się do Zachodu. Wiedzą, że ich kraj ma opinię łamiącej  prawa człowieka religijnej dyktatury, więc wolą przywoływać przykłady krajów, które mają jeszcze gorszą prasę:

– U nas nie jest tak najgorzej z wolnością – kobiety mogą pracować, samochody prowadzą. Nie to, co w Arabii Saudyjskiej. Ci to dopiero są konserwatywni.

No i z tej perspektywy – rzeczywiście.

DSC_1176-01Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiliśmy w Iranie – wycięty z papieru czerwony kałasznikow na chodniku

Teherańskie dziewczyny rzadziej okrywają się czadorem, a hidżab często noszą zupełnie symbolicznie. Właściwie to wiele razy zastanawialiśmy się, jakim cudem w ogóle im nie spada  – ja musiałam okręcać sobie chustę wokół szyi i co chwila ją poprawiałam, a one narzucały ją luźno na czubek głowy i wydawały się nie poświęcać jej więcej uwagi.

DSC_1245-01
DSC_2891-01
DSC_1191-01

Stare i nowe – Azadi Tower, mozaika w jednym z pałaców, alejka w Grand Bazaar

W całym Iranie na ulicach witały nas uśmiechy, ale w Teheranie chyba więcej osób zdecydowało się nas zagadnąć. Czasami było to tylko zawstydzone „hello” małej dziewczynki, zachęconej przez nieśmiało uśmiechniętą mamę, częściej krótkie pogaduszki – jak nam się podoba w Iranie i czy na pewno niczego nam nie potrzeba. I jak się okazało, prawie wszyscy znają polskich siatkarzy! Nawet jeśli ktoś prawie wcale nie mówił po angielsku, to jak tylko okazało się, że jesteśmy z Polski, następował wybuch entuzjazmu, gesty serwowania i leciało po nazwisku „Kurek, Zagumny …. voleyball,  very good!

Czasami ktoś wspominał, że ma przyjaciół w Polsce, w Poznaniu, Krakowie czy Warszawie, na dowód pokazując zdjęcia w komórce.

Z jednej strony była w tym prawdziwa serdeczność i otwartość, ale z drugiej  – mimo zupełnie innych dekoracji czuliśmy się trochę tak, jakbyśmy przenieśli się w czasie, do Polski lat 80. Jesteśmy tak starzy, że pamiętamy z tamtych czasów, że każde spotkanie z cudzoziemcem było trochę jak kontakt z obcą cywilizacją, albo członkiem rodziny królewskiej. Goście z zagranicy byli przybyszami z innego świata – świata, w którym nosiło się kolorowe ubrania, piło sok pomarańczowy z kartonika, wszystko było lepsze, ładniejsze i pachnące, a przede wszystkim w każdej chwili można było sobie stamtąd pojechać w dowolnym kierunku. Pod palmy na przykład, albo do rodziny, mieszkającej w socjalistycznej ojczyźnie. Więc jak już ktoś taki zdecydował się na tę drugą opcję, to jego wizytą żyła cała ulica – każdy chciał go zobaczyć, odważniejsi próbowali się odezwać, uśmiechnąć, pokazać, że jesteśmy fajni, wcale nie jakieś zacofane dzikusy. I przez tę krótką chwilę kontaktu z zagranicznym gościem, sami mogliśmy się poczuć odrobinę bliżej tego lepszego, normalnego świata.

I bardzo podobne wrażenie mieliśmy na irańskich ulicach  – tylko, że tym razem to my mieliśmy farta być po tej lepszej stronie.

DSC_1185-01 DSC_1183-01DSC_1212-01DSC_2870-01 DSC_2871-01DSC_2910-01DSC_2894-01 DSC_2899-01

A jeśli już mowa o tym, która strona jest lepsza, a która gorsza, to Teheran oferuje ciekawe ćwiczenie z perspektywy.

W 1979 r. na fali islamskiej rewolucji upada reżim wspieranego przez USA szacha Rezy Pahlawiego. Szach, oskarżany o brutalne pacyfikowanie własnego społeczeństwa, korupcję i zawłaszczanie zysków z handlu ropą, znajduje schronienie w Stanach, ale w odwecie irańscy studenci blokują ambasadę, razem z zamkniętymi tam dyplomatami na 444 dni (o próbie wywiezienia z kraju części zakładników opowiada wyreżyserowany przez Bena Aflecka film „Operacja Argo”).

Od tego czasu dawna ambasada USA  nazywana jest w Teheranie gniazdem szpiegów i stanowi symbol wrogości islamskiej rewolucji do amerykańskiego imperializmu.

Obecnie, na jej  terenie znajduje się „Museum-Garden of Anti Arrogance” , czyli mówiąc wprost – muzeum antyamerykańskiej propagandy. Mur otaczający ambasadę i namalowane na nim murale są pewnie jednym z najczęściej fotografowanych punktów miasta. Nic dziwnego – Statua Wolności w kształcie morderczego szkieletu, albo alegoryczny Wuj Sam pod rękę z krwiożerczym żydowskim syjonistą, atakujący pragnących pokoju muzułmanów aż same pchają się pod obiektyw.

DSC_2931-01 DSC_2918-01DSC_2924-01DSC_2925-01DSC_2914-01

Za niewielką opłatą około 10 000 tomanów student wolontariusz oprowadzi Was po reszcie obiektu i przedstawi irańską perspektywę na rolę Ameryki w świecie. Z której to perspektywy, USA nie są światowym obrońcą pokoju i demokracji, ale autentycznym wcieleniem szatana, który z chciwości i żądzy władzy napada na inne kraje, chcące sobie tylko spokojnie żyć według własnych zasad.

Dobrze jest to zobaczyć na własne oczy, żeby przekonać się że każda propaganda karmi się lękiem i uprzedzeniami i podsyca je dla korzyści władzy, której służy.

DSC_2915-01
DSC_2922-01
DSC_2932-01

Ale przede wszystkim jest to idealne miejsce, to tego, aby zrozumieć, że naprawdę nic nie jest czarno – białe i o każdym wydarzeniu można odpowiedzieć co najmniej kilka historii. I każda z nich będzie prawdziwa – przynajmniej dla opowiadającego.

Żeby zrozumieć Teheran trzeba by w nim spędzić dużo więcej czasu niż my, naprawdę poznać ludzi, którzy tam żyją i spróbować uchwycić ducha miasta, ukrytego między bajkowym pałacami dawnych władców, zakurzonymi domami dzisiejszych Teherańczyków, w tradycyjnych herbaciarniach, sieciówkowych restauracjach, w alejkach bazarów i warsztatach wulkanizacyjnych przy głównych ulicach. My tego nie zdążyliśmy zrobić, ale jedno możemy powiedzieć Wam na pewno.

W irańskich samochodach mieszka diabeł.

No bo nie widzimy innego wytłumaczenia, dla którego ci przemili ludzie, którzy spotkawszy cię na ulicy oddaliby ostatnią koszulę, zapraszają do domu po dwuminutowej rozmowie i biegną za tobą, żeby Ci podarować świeżo upieczony chleb, zamieniają się w nie zważających na nic obłąkańców, jak tylko wsiądą za kierownicę.

W takim na przykład Sajgonie, ruch uliczny też jest duży i na pierwszy rzut oka szalony, ale jeśli przyjrzysz się temu przez chwilę  przyjrzeć, zobaczysz, że ma w sobie coś z baletu. Wystarczy złapać rytm i wejść między te skutery i samochody pewnym krokiem, a one cię płynnie ominą.

W Teheranie pieszy na pasach, albo rowerzysta na ścieżce rowerowej nie są żadnym powodem, żeby zwolnić, wyminąć,  o zatrzymaniu się nawet nie wspominając. Pędzą jak opętani, a przechodnie albo przebiegają przez jezdnię w straceńczym galopie, albo drobią strachliwie na środku ulicy pierzchając przed gnającymi w smrodzie spalin potworami.

Można odnieść wrażenie, że zdaniem irańskich kierowców, jeśli ktoś wchodzi na jezdnię, to najwidoczniej ma do załatwienia  jakiś interes ważniejszy niż życie. A skoro tak, to niech Allach ma go w swojej opiece, oni za to odpowiedzialności nie biorą.

Zanim wylądowaliśmy w Teheranie, spotkany w samolocie Irańczyk zapewnił nas, że to bardzo bezpieczny kraj i na pewno nic nam się nie stanie. Chyba – dodał po namyśle – że przejedzie was samochód. Tak, to bardzo prawdopodobne.

Tylko do pierwszego przejścia przez ulicę, wydawało się nam, że to taki żarcik, a ostatecznie przestało nam być do śmiechu, kiedy na naszych oczach rozpędzony samochód potrącił pieszego.

Więc jeśli zdecydujcie się odwiedzić Teheran – przy przechodzeniu przez ulicę miejcie oczy dookoła głowy.

P.S. Jak sami widzicie, nie opisujemy w tym wpisie turystycznych atrakcji Teheranu i nie polecamy tego, co „koniecznie trzeba zobaczyć”. Byliśmy tam za krótko, a wiele miejsc z powodu ramadanu było nieczynnych, więc po prostu włóczyliśmy się po mieście i próbowaliśmy poczuć jego charakter.

Praktycznie

🍀 Zatrzymaliśmy się w hostelu Seven Hostel, rezerwując go już z Polski, żeby móc wpisać konkretny adres do formularza na granicy. Jak we wszystkich hostelach w Iranie, przyjęto nas z ogromną gościnnością. Kiedy ostatniego dnia rano wysiedliśmy z nocnego pociągu z Shiraz, wróciliśmy do nich, żeby zapytać, czy możemy zostawić plecaki do wieczora (powrotny lot mieliśmy dopiero w nocy) nie tylko przechowali nasze bagaże, ale także zaprosili nas do bezpłatnego skorzystania z ich tarasu na dachu. Mogliśmy tam odpoczywać na sofach, korzystać z Internetu, częstować się herbatą i wziąć prysznic przed wyjazdem. Bardzo serdecznie polecamy.

🍀 W Teheranie nieźle działa metro – jest tanie (około 10 000 riali) za przejazd i bezpieczne. W razie kłopotów z odczytaniem zapisanych w farsi kierunków, na pewno ktoś wam pomoże – zwykle zanim nawet zdążycie poprosić. Kiedy weszliśmy na stację wieczorem, już po zamknięciu kas, obsługa otworzyła nam bramki swoimi służbowymi kartami, zupełnie za darmo. Irańskie metro w każdym składzie ma wagony przeznaczone wyłącznie dla kobiet – działa to w ten sposób, że kobiety mogą jechać dowolnym wagonem, ale mężczyźni już tylko tym koedukacyjnym. W rezultacie w kobiecych wagonach jest luz i wolne miejsca, w pozostałych raczej ścisk i duchota, czyli w sumie, jest to pewnie jeden z niewielu przypadków, w których segregacja płciowa wychodzi kobietom na dobre. We wszystkich wagonach natomiast można kupić skarpetki, żyletki, chusty na głowę, wafelki i tym podobne dobra, oferowane przez obnośnych sprzedawców. Jak tym ludziom udaje się zarobić na życie – nie mamy pojęcia, bo tylko raz widzieliśmy, żeby ktokolwiek coś od nich kupił.

🍀 Dojazd z lotniska – taksówka kosztuje 750 000 riali. My podzieliliśmy jej koszt z chłopakiem, który też jechał do centrum – zawsze warto się rozejrzeć i zapytać, czy ktoś nie jedzie w tym samym kierunku.

🍀 Dojazd na Terminal Południowy, skąd odjeżdżają np. autobusy do Kashan – 200 000 riali (zamówiona w hostelu).

🍀 W Teheranie działa aplikacja taksówkowa Snapp na zasadach podobnych jak Uber.

🍀 Pieniądze – oficjalną walutą Iranu są riale, ale Irańczycy często zapisują i podają ceny w tomanach (przedrewolucyjna waluta Iranu). 10 000 riali to 1000 tomanów. Najzabawniejsze jest to, że nigdy nie wiadomo, czy dana cena jest w tomanach, czy rialach, co przy zupełnie obcych dla europejskiego oka perskich cyfrach, powoduje, że kupowanie najzwyklejszych pomidorów czy winogron staje niezłą łamigłówką. Przynajmniej na początku ; )

PODOBAŁ CI SIĘ TEN TEKST, ZNALAZŁEŚ W NIM PRZYDATNE INFORMACJE? DAJ NAM LAJKA I PODZIEL SIĘ ZE ZNAJOMYMI – BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO! CHCESZ O COŚ ZAPYTAĆ, POGADAĆ, ALBO NAPISAĆ, ŻE PIĘKNIE WYGLĄDAMY NA ZDJĘCIACH 😜? CZEKAMY W KOMENTARZACH!

 

 

 

Może Cię też zainteresuje:

No Comments

Post A Comment