DSC_5129-01

04 Lip Caye Caulker – rajski plac zabaw dla dużych i małych

Właściwie to nie wiem od czego zacząć,  bo w Caye Caulker zachwyca nas wszystko. Wyobraźcie sobie karaibską wyspę, po której najlepiej chodzić boso, a biały, delikatnie ziarnisty piasek z drobinkami startych przez morze i wiatr muszelek, oblepia Wam stopy. Wyspę, na której nie ma samochodów, tylko meleksy i odrapane rowery z koszykiem z przodu, prowadzone przez roześmianych rastamanów. Wyspę, którą oblewa najbardziej przejrzysta, kryształowo-szmaragdowa woda, jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Byliśmy w wielu pięknych miejscach  – cudownej kenijskiej Diani Beach, uwielbianej przez backpackerów Rayley w Tajlandii, naszym ukochanym Phu Quoc na południu Wietnamu – ale Caye Caulker niebezpiecznie zbliża się do pozycji lidera.

I pomyśleć, że mogliśmy tu w ogóle nie trafić!

Właściwie to w ogóle nie zamierzaliśmy przyjeżdżać do Belize. Słyszeliśmy, że jest strasznie drogo i odpuściliśmy nawet szukanie informacji na temat tego kraju. Ale najwyraźniej jakiś dobry duch, patron podróżnych, zlitował się nad idiotami i postanowił zainterweniować. I dzięki niemu, w ciemnych i mokrych czeluściach jaskini w gwatemalskim Semuc Champey, spotkaliśmy dwójkę Polaków, którzy akurat na Caye Caulker się wybierali. I jakoś tak, po rozmowie z nimi, pomyśleliśmy, że może, w sumie… Od dwóch dni nie zbiedniejemy, a jak się okaże, że jednak tak, to kupimy tylko magnes i czmychniemy do Meksyku.

Krótko mówiąc – Aga i Maciej, dziękujemy za inspirację, jesteśmy Waszymi dłużnikami!

La Isla Bonita

Czyli piękna wyspa z piosenki Madonny, to położona  22 kilometrów obok San Pedro. Zostawiamy ją sobie na następny raz, bo do Belize wrócimy na pewno ; ) Ale to określenie idealnie pasuje także do Caye Caulker. Już w szybkiej łodzi, którą zabiera nas z Belize City, widzimy, że będzie pięknie. Woda wokół nas ma pocztówkowo szmaragdowy kolor, gdzieś na horyzoncie pojawiają się i znikają spłachetki białego piasku z pochylonymi do morza palmami.

Wyskakujemy na pomost i od pierwszej chwili czujemy dobre wibracje tego miejsca. W powietrzu jest luz, życzliwość, optymizm, normalnie jakby ktoś rozpylił „Cudowne Wakacje” w sprayu. Oczywiście, tutaj też żyją normalni ludzie ze swoimi problemami, ale po prostu jakoś częściej się uśmiechają i zwyczajnie cieszą się tym, że mieszkają w takim pięknym miejscu.

DSC_5380-01 DSC_5387-01 DSC_5390-01

To też pierwsze miejsce na świecie, w którym kasjerka w sklepie z szerokim uśmiechem pytała nas jak nam minął dzień i co fajnego dziś robiliśmy, a kelner z plażowej knajpki, zanim odebrał zamówienie, przystawał obok nas, żeby popatrzeć na zachodzące słońce.

– Wspaniały widok, prawda?  – w jego głosie był prawdziwy zachwyt i chęć, żeby się nim z nami podzielić, chociaż przecież widział to codziennie i był od wielu godzin w pracy.

DSC_5318-01

Spędziliśmy na Caye Caulker trzy i pół dnia, z czego jeden niemal przez cały czas lało, ale nawet to oberwanie chmury w ogóle nam nie przeszkadzało, bo ta wyspa to

Rajski plac zabaw dla każdego

Nie będziemy pisać, co robić kiedy jest słonecznie,  bo z moczeniem tyłka  w ciepłej turkusowej wodzie i popijaniem rumu prosto z kokosa poradzicie sobie bez naszych wskazówek.

DSC_5142-01 DSC_5176-01DSC_4897-01DSC_5214-01DSC_4893-01DSC_4987-01

Jak pada, to można na przykład przysiąść w jednej z licznych knajpek i popatrzeć jak szarogranatowe niebo kontrastuje z turkusowym morzem. I zjeść coś bardzo dobrego, ale o jedzeniu będzie za chwilę, bo jedzenie na Caye Caulker to petarda!

DSC_4725-01 DSC_4727-01 DSC_5084-01

DSC_5043-01
DSC_4878-01
DSC_4744-01

Dla nas jedną z największych życiowych uciech jest podglądanie zwierzaków. Jeśli też tak macie, to będziecie mieli na tej wyspie masę frajdy.

Przede wszystkim – wybierzcie się na nurkowanie albo snorkeling. Barierowa rafa koralowa w Belize jest drugą najdłuższą na świecie (zaraz po australijskiej), więc jeśli lubicie kolekcjonować w pamiętniczku takie różne „naj” , to tym bardziej nie możecie tego odpuścić!

My wybraliśmy snorkeling –i to był fantastyczny wybór! Szczerze mówiąc, moim zdaniem  te snury były znacznie lepsze niż wiele nurkowań z butlą, które zrobiłam do tej pory.

Po raz pierwszy spotkaliśmy pod wodą manaty – wielkie, delikatne, zaciekawione nami prawie w tym samym stopniu, co my nimi i poruszające się z syrenią gracją.

manat

Zresztą każde zejście do wody to był sztos – żółwie, płaszczki, rekiny, koralowe ogrody, wrak, kolorowe rybki… No i ta woda, jak płynne szkło!

Nigdzie indziej na świecie nie mieliśmy okazji być tak blisko dzikich zwierząt pod wodą. Piękne, złotobrązowe nurse sharks (rekiny wąsate) po prostu kłębiły się między nami.  Ten akurat gatunek uchodzi za niegroźny dla ludzi, bo atakuje nas stosunkowo rzadko i raczej przez pomyłkę,  ale kiedy taki blisko trzymetrowy i ważący ponad 200 kilo zawodnik trąca cię od niechcenia płetwą, mierząc przy tym pustym rekinim spojrzeniem, zaczynasz się zastanawiać nad definicją błędu statystycznego ; )

Za to największa płaszczka, jaką kiedykolwiek widzieliśmy, z całą pewnością nie miała pustego spojrzenia! Niby sobie pływała to tu, to tam, w swoich sprawach, ale cały czas nas miała na oku i w sumie nie jesteśmy pewni kto tam kogo obserwował.

DSC_4705-01DSC05217-01płaszcz

A pomiędzy tymi wszystkimi emocjami – opalanie na łódce, objadanie się ananasami i arbuzami… Moglibyśmy ten dzień powtórzyć jeszcze ze dwa tysiące razy!

Mała podpowiedź – jeśli  podobnie jak nam, trafi się Wam pogoda trochę w kratkę, to nie wybierajcie się na taką wycieczkę w dzień bezpośrednio po deszczu, bo woda może jeszcze nie odzyskać swojej bajkowej przejrzystości.

W taki pochmurny dzień można na przykład włóczyć się po nabrzeżu, mijając  pelikany przepędzające z pomostów leniwe hotelowe koty, karmić  z ręki wielkie fregaty pikujące z nieba po swoją porcję ryby, albo ryzykować utratę palców podając mięsne kąski  tarponom  – całkiem sporym rybom z przerażającymi zębiskami, wyskakującymi wysoko ponad powierzchnię wody. A potem, dla ostudzenia emocji , wypatrywać  koników morskich przy brzegu, co nie jest wcale takie łatwe, bo skubane się nieźle maskują.

DSC_5088-01 DSC_4784-01DSC_4848-01

Wieczorem warto podejść do rybaków, którzy przy brzegu czyszczą świeżo złowione ryby czy homary.  Zróbcie sobie przyjemność, zostawcie klapki na pomoście i wejdźcie do wody, żeby przyjrzeć się z bliska. Możecie kupić sobie jeden czy dwa takie dorodne okazy i przygotować w najbardziej ulubiony sposób w hostelowej kuchni . Bądźcie dobrymi ludźmi i podzielcie  się z płaszczkami, które warują przy stanowiskach rybaków jak głodne labradory – zresztą sami zobaczycie, jak taka sympatyczna płaszczka ociera się o stopy, to naprawdę trudno jej odmówić . A po tych wszystkich spacerach, nurkach i imprezach, można już z czystym sumieniem iść jeść.

A jedzenie na Caye Caulker jest  boskie

Może dlatego, że nikomu tu nie drży ręka, kiedy trzeba dodać do dania czwartą łyżkę masła. Albo dorzucić trochę więcej  ostrej papryczki i dodatkową szczyptę soli. Absolutnie wszystko, co tam jedliśmy było pełne smaku, przyprawione w punkt i wspaniale świeże.  Owoce zawsze idealnie dojrzałe i słodziutkie, ryby złowione najpóźniej poprzedniego wieczora, a poncz wzmocniony dokładnie taką dawką rumu, żeby był jednocześnie orzeźwiający i rozweselający.

Te wszystkie przyjemności należy sobie aplikować już od śniadania, na które najlepiej wybrać  miejscową specjalność czyli fry jacka. Fry jack to nic innego niż pszenna tortilla, która zamiast zostać upieczona na blasze, trafiła do wrzącego oleju, a potem została wypchana czym sobie zażyczycie. Wśród standardowych opcji jest pure z fasoli, szynka, ser, kawałki soczystego kurczaka, sadzone jajko, sałata, piórka cebuli i cząstki pomidora. Dla chętnych – ostra salsa. Nie jest to, jak widać, nic wyszukanego, ale wielkie nieba, jakie to jest dobre! Ma milion kalorii, które wchodzą zaskakująco gładko, bo dobrze przyrządzony fry jack  jest jak idealny faworek – niby tłuściutki, ale chrupiący i lekki.

Najlepsze fry jacks na wyspie znaleźliśmy w malutkiej, rozgrzanej jak piec hutniczy budce, o nie pozostawiającej wątpliwości nazwie „Jenny`s To Go Food”. Przed budką co rano  rano ustawiała się długa kolejka, a w środku Jenny z pomocą córek smażyła i zawijała jak szalona.

DSC_4947-01 DSC_4955-01

Nie trudno zgadnąć, że po takim śniadaniu nie jest się głodnym przez ładnych kilka godzin, ale już wczesnym popołudniem tu i ówdzie rozstawiają się grille wykonane z przeciętych na pół beczek po ropie, a z knajpek zaczynają się rozchodzić kuszące zapachy. No i jakoś od razu człowiek czuje, że znowu ma w brzuchu trochę miejsca na coś dobrego. Warto spróbować lokalnej wersji kurczaka jerk  – czyli grillowanego kurczaka w pikantnej, korzennej marynacie z dużą ilością papryczek scotch bonnet, ziela angielskiego i gałki muszkatołowej. Idealne do jedzenia rękami na plaży, z butelką zimnego piwa Belikin.

Można tez przysiąść w którejś z licznych knajpek z huśtawkami zamiast krzeseł i zamówić pachnący od przypraw smażony ryż z małymi, jędrnymi krewetkami, chrupiącymi warzywami i równoważącymi korzenną ostrość  słodkimi cząstkami ananasa.

Niefotogeniczne, ale dobre!

DSC_4714-01

I tutaj pora na małe wyznanie: przez całe życie uważaliśmy  dania z ananasem (oprócz deserów, rzecz jasna) za kulinarny odpowiednik elastycznych skarpet do sandałów albo mówienia o sobie per „moja osoba”.  Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby owoce z kompotu zapiekać z serem „typu gouda”, polewać keczupem i nazywać to pizzą albo schabowym (yyyyyy!) po hawajsku, ale zasłużył sobie na to, żeby jakiś Hawajczyk przetrzepał mu galoty.

Tymczasem w Belize odkryliśmy, że  soczysty, miodowo słodki plaster ananasa może się naprawdę świetnie komponować  z pachnącym dymem burgerem albo delikatnym białym mięsem owoców morza. Tylko, żeby to połączenie zadziałało, ananas musi dojrzewać sobie spokojnie na krzaczku. Większość tych biedaków,  docierających do Europy, zamiast nasiąkać słoneczną słodyczą w ojczyźnie, poniewiera się gdzieś po ciemnych ładowniach, a najwięksi pechowcy kończą w puszce, bladzi, rozczłonkowani i kompletnie wyprani ze smaku. A stamtąd już prosta droga Sami Wiecie Gdzie – na wierzch hawajskiej pizzy. Smutny los.

Ale na Caye Caulker nie można się niczym długo martwić, bo tam nawet najprostszy fast food ma gwiazdorski sznyt . Na przykład nachos, do leniwego chrupania przy barze, mogą być zapieczone  z  kąskami homarzego mięsa. I nie jest to jakiś łupież z homara, tylko całkiem spore kawałki! Bez dwóch zdań, naprawdę wiedzą tutaj, na czym polegają drobne przyjemności.

DSC_4906-01

A skoro jesteśmy przy homarach, to Caye Caulker jest prawdopodobnie jednym z lepszych miejsc na świecie, żeby podarować sobie odrobinę lobsterowego luksusu. Opcji jest wiele – można kupić kilka sztuk od rybaków, którzy wieczorem prezentują swoje zdobycze przy nabrzeżu i przyrządzić  własnoręcznie  – wiele hotelików udostępnia gościom nie tylko kuchnię, ale też grilla w ogródku. Niektóre hostele organizują składkowe kolacje raz w tygodniu – i są to zazwyczaj bardzo fajne imprezy, a koszt znacznie niższy niż posiłek w restauracji. Goście wpłacają  z góry określoną,  najczęściej bardzo rozsądną kwotę, a całą resztą zajmuje się  obsługa.  Homary w menu występują bardzo często : )

DSC_4934-01DSC_4923-01

No i oczywiście można oddać się w ręce profesjonalistów i wybrać się do którejś z licznych knajpek, bo świeżo złowione ryby i homary serwuje każda. Jedynym problemem jest wybranie z tego morza obfitości, bo wszędzie dobrze pachnie, wszędzie jest pełno zadowolonych ludzi, a barmani robią czary z lokalnego rumu.

DSC_4917-01

My rozwiązaliśmy ten dylemat, wybierając miejsce, w którym przed wejściem na grillu skwierczały przekrojone na pół homary, a kucharz w dredach ze spokojem polewał je kolejnymi kubkami rozpuszczonego masła. Kiedy doliczyliśmy się drugiego kubka na połówkę, byliśmy pewni, że dobrze trafiliśmy. I będziemy sobie dziękować za tę decyzję jeszcze na łożu śmierci.

DSC_5355-01 DSC_5362-01

No dobrze, ale ile to wszystko kosztuje?

Nie ma co udawać, Caye Caulker to nie jest najbardziej budżetowa miejscówka na świecie. Ale też nie jest aż tak droga, jak się spodziewaliśmy  i jak wszędzie, można tam znaleźć miejsca bardziej przyjazne dla kieszeni.

Mamy dla Was kilka praktycznych informacji, które mogą się przydać przy planowaniu wyjazdu:

🍀 Waluta – czyli dolar Belize, jest równy wartością połowie dolara amerykańskiego, co znacznie ułatwia kontrolę nad budżetem. Na wyspie jest kilka bankomatów, w niektórych miejscach można też płacić kartą.

🍀 Dojazd – na Caye Caulker najłatwiej dostać się wodną taksówką  z Belize City. Rozpiętość cen jest spora – San Pedro Belize Express życzy sobie za kurs 36 dolarów Belize, ale cumujący jakieś dwieście metrów dalej Ocean Ferry już tylko 19. W obu przypadkach podróż trwa około 45 minut. Zdarza się, że bagaże są pakowane na osobną łódź, która przypływa jakieś pół godziny po tej pasażerskiej – warto o to dopytać, zwłaszcza przy powrocie, jeśli np. spieszycie się na lotnisko.

Pro tip: jeśli wybieracie się na Caye Caulker z Gwatemali, Meksyku albo przy okazji zwiedzania całego Belize, popytacie  w agencjach i hotelach o pakiety transferowo-turystyczne. Może się okazać, że wyjdą was taniej, niż kupowanie poszczególnych biletów na własną rękę. My tak zrobiliśmy wyjeżdżając z Gwatemali (która jest znacznie tańsza od Belize) i zapłaciliśmy łącznie 500 quetzali czyli jakieś 250 zł za dwie osoby za: wycieczkę z przewodnikiem po ruinach w Tical, bus spod hotelu do portu w Belize City i water taxi ma wyspę.

🍀 Gdzie spać? Mieszkaliśmy w Bella`s Backpackers – (przy Crocodile Street! już dla samej nazwy warto było się tam zatrzymać!) i z czystym sumieniem polecamy. Za dwójkę ze wspólną łazienką płaciliśmy 55 BZD, czyli około 100 zł. W  hostelu jest spora kuchnia, grill dla gości, wspólna przestrzeń z kanapą i hamakami, no i organizują wspomniane wyżej wspólne kolacje, ze świetnym jedzeniem, darmowym ponczem i świetną okazją, żeby poznać nowych ludzi.

W podobnej cenie jest też położony niedaleko Tropical Oasis – mają też dormitoria i miejsca, gdzie można rozwiesić się z własnym hamakiem.

🍀 Snorkeling  – na wyspie jest pełno agencji organizujących wycieczki nurkowe i snorkelingowe. My pojechaliśmy z Hicaco Tours i polecamy ich z całego serca. Fantastyczny kapitan, który zna przybrzeżne wody jak własną kieszeń i sprawia wrażenie osoby, która ma ze swojej pracy masę funu. Zafundował nam dodatkowy przystanek, poza planem imprezy, bo wypatrzył kolejną grupę manatów i nie mógł pozwolić, żebyśmy ich nie zobaczyli : ) Przyjemna łódka, uśmiechnięta od ucha do ucha obsługa, słowem – perfekcyjne połączenie profesjonalizmu i karaibskiego luzu. Pięciogodzinna wycieczka kosztuje 60 USD od osoby i jest warta każdego wydanego centa.

🍀 Ceny jedzenia

– śniadaniowa tortilla lub fry jack 3-6 BZD (5-11 zł)

– danie w restauracji 15-20 BZD (28 – 37 zł)

-małe piwo w restauracji 5 BZD (10 zł)

-małe piwo w sklepie 2,5 – 3,5 BZD (5-6 zł)

-świeżo wyciskany sok pomarańczowy, 1 litr 5 BZD (10 zł)

-homar z rusztu 20-30 BZD (37-57 zł)

Iza

P.S. Portrety manata, płaszczki i widoczek z koralowego ogrodu zawdzięczamy uprzejmości sympatycznej pary z Kanady, która była z nami na łódce.

Podobał Ci się ten tekst, znalazłeś w nim przydatne informacje? Daj nam lajka i podziel się ze znajomymi – będzie nam bardzo miło! Chcesz o coś zapytać, pogadać, albo napisać, że pięknie wyglądamy na zdjęciach 😜? Czekamy w komentarzach!

 

Może Cię też zainteresuje:

No Comments

Post A Comment