Quilotoa Loop

16 maja Jak zorganizować trekking do laguny w wulkanie Quilotoa

Jezioro w kraterze wygasłego wulkanu Quilotoa jest zaliczane do najpiękniejszych miejsc w Ekwadorze. Zaś trekking do tej laguny czyli inaczej Quilotoa Loop,  to z pewnością jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie możecie zrobić w tym kraju. I chociaż jest także prawdopodobnie najpopularniejszym trekiem w Ekwadorze, to na trasie wcale nie ma tłumów – może się zdarzyć tak, że będziecie wędrowali sami przez cały dzień i innych podróżników spotkacie dopiero wieczorem w schronisku. A to oznacza, że przez większość czasu będziecie mieli zielone andyjskie doliny i oszałamiające widoki wyłącznie dla siebie. To jest jest prawdziwy  luksus, a nie jakieś tam rolexy!

A ponieważ wiemy, że piszemy tu dla ludzi, którzy wiedzą co w życiu dobre i potrafią taki luksus docenić, to przygotowaliśmy dla Was praktyczny poradnik, jak sobie tę wycieczkę zgrabnie zorganizować. Znajdziecie tu informacje, ile trwa taki trekking, gdzie spać, co zobaczyć po drodze, co ze sobą zabrać, a co zostawić (i gdzie) oraz ile to wszystko kosztuje.

Gdzie rozpocząć trekking do Laguny Quilotoa

 

Najlepiej w położonym u podnóża wulkanu Cotopaxi miasteczku Latacunga. Nie jest ono samo w sobie jakoś szczególnie atrakcyjne, ale stanowi świetną bazę wypadową – nie tylko do Quilotoa, ale również na Cotopaxi właśnie lub do wioski Tigua, której mieszkańcy słyną z obrazów malowanych na baranich skórach.

Najważniejsze jest jednak to, żebyście znaleźli w Latacunga hostel, w którym zostawicie część swoich rzeczy na czas trekkingu. Bardzo popularny jest Hostal Tiana, który oferuje także usługę przechowywania bagażu. Nocleg w Tianie kosztuje od 12 $ do 25 $ za osobę (prywatne pokoje) lub 10,5 $ – 11,50 $ (dormy). Przechowanie bagażu to koszt 1 $ – 2 $ za plecak dziennie i właśnie dlatego postanowiliśmy poszukać innego miejsca. Zatrzymaliśmy się w Hotelu Cotopaxi, przy głównym placu miasta, a z okna mieliśmy taki widok:

DSC_4898-01

Za wygodny dwuosobowy pokój z łazienką (i gorącym prysznicem!) zapłaciliśmy około 20 $, a za przechowanie naszych bagaży na czas trekkingu – nic. Do tego obsługa jest przekochana – mogliśmy korzystać z hotelowej kuchni, a jeden z pracowników, prawdopodobnie kilka razy uratował mi życie, wyręczając w odpalaniu wielkiej butli z gazem. No i na dole jest lokal z całkiem niezłą pizzą.

W Latacundze warto zrobić zakupy przed trekkingiem, bo na szlaku nie ma zbyt wielu okazji, żeby uzupełnić zapasy, a niektóre rzeczy będą znacznie droższe.

Co zabrać ze sobą na trekking

 

Trekking potrwa 3 dni i w tym czasie na sklepy traficie niemal wyłącznie w miejscowościach, gdzie zatrzymacie się na nocleg. Bez problemu kupicie w nich wodę i owoce, ale jeśli chodzi o inne przekąski, to w Latacundze na pewno jest większy wybór.

Poniżej lista rzeczy, która naszym zdaniem przyda się podczas trekkingu:

  1. Wygodne buty z trekkingową podeszwą.
  2. Jakieś klapki, w które chętnie wskoczycie wieczorem po całym dniu chodzenia i w których będziecie się czuć bezpieczniej pod prysznicem
  3. Koszulki z krótkim rękawem, które będziecie nosić w ciągu dnia, a wieczorem zamienią się w piżamę
  4. Ciepłą bluzę lub polar, bo wieczory są zimne jak wszyscy diabli
  5. Lekką kurtkę na wypadek deszczu lub wiatru
  6. Coś na głowę – czapka lub chusta. Jeśli przy okazji osłoni Wam kark, tym lepiej
  7. Okulary przeciwsłoneczne
  8. Krem z naprawdę wysokim filtrem – w ciągu dnia w Andach słońce potrafi naprawdę mocno przygrzać, chociaż w rześkim górskim powietrzu się tego nie odczuwa
  9. Wodę i przekąski przynajmniej na pierwszy dzień drogi
  10. Małe opakowania szamponu i mydła
  11. Latarkę
  12. Igłę z nitką, srebrną taśmę, scyzoryk i inne tego typu przydasie.
  13. My byliśmy też zadowoleni, że zabraliśmy ze sobą śpiwory. W hostelach dostaniecie pościel, ale noce są jeszcze bardziej diabelsko zimne niż wieczory.

Resztę bambetli zostawcie w hotelu, bo po co dźwigać, jeśli nie trzeba.

Trasa trekkingu, czyli gdzie zacząć, którędy iść i gdzie spać

 

Dzień I: Latacunga – Saqusili – Isinlivi

Jeśli zaczniecie swój trekking w czwartek, to macie szansę załapać się na indiański targ, który właśnie tego dnia odbywa się w miasteczku Saquisili. Dojedziecie tam w ciągu pół godziny, za mniej niż dolara, autobusem z Latacungi. Autobusy kursują co mniej więcej 20 minut, ale warto wybrać się jak najwcześniej, koło 7.00. rano.

DSC_4924-01

Póki co, targ jest jeszcze kompletnie nieturystyczny – miejscowi kupują tu kukurydzę na worki, ekwadorski szczypior wielkości europejskich porów, bryły trzcinowego cukru, smażone świńskie łby, żywe świnki morskie na obiad i wielkie gałęzie bananowca, oblepione ciasno owocami. Z rękodzieła znajdziecie co najwyżej misy i donice z opon.

DSC_4916-01 DSC_4917-01DSC_4919-01DSC_4907-01Bryły cukru trzcinowego

DSC_4953-01 DSC_4915-01DSC_4929-01 DSC_4961-01 DSC_4965-01

Oficjalny targ zwierzęcy,  znajduje się parę kilometrów dalej, ale jak widać kurę czy owieczkę można nabyć i tutaj:

DSC_4923-01
DSC_4971-01

Po wizycie na targu, złapcie autobus do Sigchos – przystanek znajduje się blisko targu, bilet kosztuje 2$, a podróż potrwa jakieś 2 godziny. Po dojechaniu na miejsce, pora poprawić plecaki i ruszyć w drogę, kierując się na Isinlivi.

Droga do Isinlivi teoretycznie powinna zająć jakieś 3, 5 – 4 godziny. W praktyce jednak bywa różnie, bo trasa jest oznaczona dosyć przypadkowo. Ale komu to przeszkadza, skoro jest tak malownicza, że fajnie się trochę zgubić!

DSC_5311-01 DSC_5301-01 DSC_5315-01

A już na pewno znacznie bardziej honorowo jest się zgubić, niż przyjąć ofertę andyjskiego górala, że poprowadzi was skrótem. Uwierzcie nam, wiemy co mówimy, bo my taką ofertę przyjęliśmy i prawdopodobnie do dzisiaj opowieści o nas są źródłem rozrywki w okolicach Isinlivi. A zaczęło się tak:

Zeskoczyliśmy z paki samochodu, który złapaliśmy po tym, jak autobus wsadził nas na rozstaju dróg. Razem z nami zeskoczył niewysoki, żylasty facecik w wytartych garniturowych spodniach, cienkim sweterku, przydeptanych mokasynach i z workiem pomarańczy przerzuconym przez ramię. Widząc, że nie możemy się zdecydować, którą z niewyraźnych, wąskich ścieżek wybrać, zapytał, dokąd idziemy.

-A, to blisko! Zresztą ja też idę w tamtą stronę, to pokażę wam drogę. I pójdziemy skrótem, żeby było szybciej.

No i poszliśmy. Nasz przewodnik przodem, wesoło pogwizdując, a my staraliśmy się nie wypluć płuc, próbując za nim nadążyć. Wędrowaliśmy sobie tak jakąś godzinkę, kiedy Pan Indianin znienacka odwrócił się do nas, pokazał ręką prawie pionowe zbocze przed nami i PO PROSTU LEKKIM KROKIEM NA NIE WBIEGŁ! Po chwili był już na górze, poprawił na ramieniu worek, spojrzał w dół, wybałuszył oczy i zaczął się trząść ze śmiechu.

Nic dziwnego. Ponieważ na dole, dwoje gringo, w  specjalistycznych trekkingowych butach, prowadziło na czworakach rozpaczliwą walkę z grawitacją. I raczej przegrywało.

Próbowałam właśnie dosięgnąć jakiejś solidniejszej kępy trawy, że by się utrzymać, kiedy usłyszałam głos Wojtka:

-Świnki! Patrz na świnki

-Jakie świnki, do cholery?

-Małe takie, nakrapiane! Pod nogi patrz!

-Oszalałeś? Ja  nie spaść próbuję, a ty mi  świnki pokazujesz? – zirytowałam się

-Pokazuję, bo zaraz na którąś nadepniesz, a ja cię wtedy nie będę bronił przed tą wielką maciorą! – zeźlił się Wojtek

I rzeczywiście. Nasze wspinaczkowe wyczyny przyciągnęły stado szarobrązowych prosiaczków z pobliskiej zagrody, które z zainteresowaniem ryły w naruszonej przez nas darni. A trzy metry dalej stała prosiaczkowa mama i obserwowała  nas z niezbyt przyjaznym wyrazem ryjka.

Wizja konfrontacji z wkurzoną świnią dodała nam rozpędu i w końcu wgramoliliśmy się na górę, po czym ruszyliśmy dalej. Tradycyjnie – my z tyłu, a nasz przewodnik z sporo z przodu – obracając się co jakiś czas, żeby sprawdzić, czy mu się sieroty nie zgubiły. A za każdym razem, kiedy się do nas odwracał, pękał ze śmiechu. Nie możemy mieć do niego pretensji ; )

Sigchos Sigchos

A w przydrożnych krzakach takie kwiatki:

DSC_5277-01 DSC_5275-01

W Isinlivi zatrzymujecie się na nocleg i macie w zasadzie do wyboru dwie możliwości: bardzo chwalony Hostal Llullu Llama Mountain Lodge, oferujący między innymi jacuzzi  oraz Taita Cristobal Hostal. My zatrzymaliśmy się w tym drugim, bo był znacznie tańszy i szczerze go polecamy. Właściciele to bardzo miła rodzina, sprawnie zarządzana przez urzędującą w kuchni Mamę i Babcię, która króluje w sklepiku. A kilkunastoletni Cristobal, którego imieniem nazwano hostal, w razie potrzeby tłumaczy z hiszpańskiego na angielski. Dwuosobowy pokój z prywatną łazienką kosztuje 30 $, a  w cenie jest śniadanie i kolacja. Jedzenie jest domowe i pyszne, można poprosić o menu wegetariańskie albo wegańskie, a do picia podawane są wielkie dzbanki gorących, aromatycznych ziołowych naparów. Gdyby ktoś miał ochotę upichcić sobie coś w międzyczasie, to cały czas dostępna jest kuchnia, a w niej darmowa kawa i herbata. A co ucieszyło nas najbardziej – w łóżku czekała na nas prawdziwa kołdra, a nie jakieś prześcieradła czy koce. Jesteśmy z Polski i kołdra  musi być ; )

Samo Isinlivi jest urocze, sielskie i zielone i odnieśliśmy wrażenie, że jego mieszkańcy są mniej nieufni wobec obcych niż inni Ekwadorczycy z gór, bo na każdym kroku witały nas szerokie uśmiechy, a z przejeżdżających samochodów – entuzjastyczne machanie. Jeśli tylko możecie, spędźcie w Isinlivi więcej niż jedną noc – żeby w pełni się tym miejscem nacieszyć i naładować baterie.

 Isinliví Isinliví Isinliví Isinliví Isinliví  Isinliví

Dzień II: Isinlivi – Chugchilan

Kiedy się już wyśpicie, zjecie pyszne śniadanie i uznacie, że macie już dosyć głaskania pasących się w ogrodzie cielaczka i lamy, możecie ruszać dalej, w kierunku Chugchilan. W hostelu dostaniecie odręcznie naszkicowaną mapę, która wygląda trochę jak plan Doliny Muminków:

DSC_5041-01
DSC_5039-01

Zgodnie z mapą, trasa do Chugchilan powinna zająć około 5- 6 godzin, ale biorąc pod uwagę, że pewnie się kilka razy zgubicie, zatrzymacie na zdjęcia i zrobicie sobie przerwę piknikową, obstawialibyśmy raczej bliżej 7 godzin. Zwłaszcza, że przecież nigdzie się Wam nie spieszy, prawda?

Droga przez większość czasu jest naprawdę łatwa.Prowadzi przez zielone doliny i łagodne piaszczyste ścieżki, w powietrzu unosi się zapach ziół, a w uszach miło szemrze płynący po kamieniach potok.

DSC_5043-01DSC_5168-01DSC_5077-01DSC_5090-01 DSC_5094-01DSC_5061-01 DSC_5066-01

Ten szemrzący potok będziecie kilka razy przekraczać, a za most czasami służy po prostu przerzucona nad wodą kłoda.  Miejscowe dzieciaki i lokalne kulawe psy spacerują po nich jak po bulwarze.

DSC_5101-01 DSC_5106-01

DSC_5117-01
DSC_5127-01

Po drodze miniecie małe i raczej opustoszałe miasteczko, w którym jednak znaleźliśmy działający sklepik.

DSC_5140-01

Niedaleko za tym punktem, szlak skręca w stromą leśną ścieżkę. Warto się jednak trochę pomęczyć, dla widoków, czekających na górze:

DSC_5145-01 DSC_5164-01DSC_5146-01DSC_5155-01

Od tej pory do Chugchilan jest już prawie  z górki.

DSC_5172-01

Miasteczko jest znacznie większe i znacznie brzydsze niż Inslivi i właściwie można je potraktować wyłącznie jako punkt noclegowy. Najpopularniejsze są dwie miejscowki: Hostal Cloud Forest i Hostal el Vaquero. My zatrzymaliśmy się w tym ostatnim  – dwuosobowy prywatny pokój kosztował nas około 40 USD, ze śniadaniem i kolacją w cenie. Nie przypadł nam do serca tak bardzo, jak hotel w Inslivi, ale pokoje są wygodne i czyste, a jedzenie ok.

Dwie przydatne uwagi:

po pierwsze – nocleg w Chugchilan zarezerwujcie sobie najlepiej jeszcze w Isinlivi (wystarczy, że poprosicie w recepcji hostelu, w którym się zatrzymacie).

po drugie  – nie powtórzcie mojego błędu i naprawdę dobrze zabezpieczcie się przed słońcem. Jak widzicie na zdjęciach wyżej – cały dzień szłam w krótkich spodenkach, koszulce na ramiączkach i z odkrytą głową. Smarowałam się kremem z wysokim filtrem i dzięki temu uniknęłam poparzeń, ale i tak w hotelu wylądowałam z gorączką i dreszczami, a w nocy emitowałam ilość ciepła wystarczającą pewnie do tego, żeby w pobliżu usmażyć omlet. Skutek tego był taki, że kolejny etap trasy musieliśmy pokonać stopem, bo nie byłam w stanie iść. A więc – nie bądźcie jak Iza i pamiętajcie, że Andy są wysokie i leżą blisko równika, więc słońce operuje tam bardzo ostro, nawet jeśli z powodu wiatru czy zachmurzenia się  tego nie odczuwa.

Dzień III: Laguna Quilotoa

Wejście na szlak znajduje się za Hostalem El Vaquero, a droga do Quilotoa powinna zająć około 6 godzin. Do tego należy doliczyć od godziny do czterech godzin na przejście wzdłuż krawędzi krateru. Do przejścia tego dnia jest około 13 kilometrów, w większości pod górę.

Ten fragment trasy uświadomił nam też, jak bardzo zmienne są warunki pogodowe w tym regionie. Kiedy opuszczaliśmy Chugchilan było słonecznie i ciepło, natomiast w Quilotoa przywitał nas wiatr tak zimny i porywisty, że do punktu widokowego robiliśmy kilka podejść i już nie było mowy o krótkich rękawach:

Quilotoa Loop

Ale nic nas nie mogło zniechęcić, bo widok naprawdę urywa duszę:

DSC_5199-01 DSC_5205-01

W dół, do laguny można zejść – długą, krętą drogą drogą po sypkim piasku, na którym bardzo łatwo jest się poślizgnąć. To znaczy – mi było łatwo. Indianie prowadzący muły lub konie, niosący na rękach dzieci i paczki z prowiantem dla całej rodziny, w swoich tenisóweczkach i mokasynach jakoś się nie poślizgiwali 😏.

DSC_5201-01

Nad samym jeziorem znajduje się niewielka trawiasta plaża i wypożyczalnia kajaków. Można popływać, pospacerować albo po prostu przysiąść sobie na skale i chłonąć widoki:

DSC_5218-01 DSC_5238-01 DSC_5250-01

Oprócz chłonięcia widoków, dobrze też zebrać siły, bo trzeba wrócić na górę. A po wspinaczce wpaść do któregoś z okolicznych barów na gorącą czekoladę lub – jeszcze lepiej – szklaneczkę canelazo. Canelazo to południowoamerykańska odpowiedź na europejskie grzane wino. Do gorącego syropu z cukru trzcinowego i cynamonu dodaje się owoce – najczęściej maracuję lub naranjillę i miejscową wódkę aguardiente. Z kronikarskiego obowiązku dodamy, że występuję też wersja bezalkoholowa, ale chyba nie podejrzewacie nas o jej zamówienie ; )

Po odpoczynku przy czekoladzie i canelazo macie dwie mozliwości – złapać bus i wrócić do Latacungi (bilet kosztuje 2 – 3 $, podróż trwa mniej więcej 2 godziny, a ostatni autobus odjeżdża ok 16.00) albo zostać w Quilotoa na noc.

My zdecydowaliśmy się wracać, ale słyszeliśmy dużo dobrego na temat Hostalu Chukirawa, położonego bardzo blisko jeziora. Prywatny pokój kosztuje w nim około 45 – 50 USD, a cena zawiera obiad i kolację.

Podsumowując:

 

W czasie trekkingu Quilotoa Loop wydacie na osobę:

  • 5 USD na autobusy
  • 35-60 USD na noclegi i posiłki
  • 8 – 10 USD na wodę i dodatkowe przekąski

A to oznacza, że za 50 – 70 USD  kupujecie trzy dni pełne oszałamiających widoków, kryształowo czystego powietrza, przyjemnego zmęczenia w mięśniach i lekkiej głowy. Naszym zdaniem – interes życia.

Iza

Podobał Ci się ten tekst?  Bardzo nam miło, robimy to dla Ciebie : ) Jeśli uważasz, że jest przydatny, udostępnij go dalej! Jeśli masz pytanie lub chcesz nam coś opowiedzieć, zostaw komentarz : ) Zapraszamy również na naszego facebooka i instagrama – tam zobaczysz co u nas słychać teraz.

 

 

 

No Comments

Post A Comment