_DSC9355_20121220_121930

28 Lut Ao Nang – baza wypadowa do raju?

Ao Nang nie zrobiło dobrego pierwszego wrażenia. Jeszcze w drodze z lotniska w Krabi, oglądając przez okno autobusu malownicze skały wyrastające nad skłębioną, soczystą zieleń, co chwila wymienialiśmy podekscytowane „zobacz, jak super!”, ale im bliżej było do celu, tym bardziej pustoszał autobus, aż w końcu zostaliśmy w nim tylko my, kierowca i sprzedawca biletów. Panowie obracali  we wszystkie strony wymiętoloną kartkę z naszą rezerwacją i próbowali namierzyć zabukowany jeszcze z Polski hotel. W końcu, po kilku nawrotkach i nieudanych strzałach, zatrzymali się przy ulicy, tuż obok jakiejś wypożyczalni skuterów, kantoru wymiany walut i sklepu. Rzeczywiście, wśród reklam powyższych przybytków oraz lodów i salonów masażu, dojrzeliśmy szyld „Ao Nang Andaman Resort & Tour” – wyglądało więc na to, że dotarliśmy na miejsce.  Chociaż, aż do tamtej pory, ze słowem „resort” mieliśmy zupełnie inne skojarzenia.

Zameldowanie  w hotelu i zrzucenie plecaków zajęło nam dosłownie chwilę, ale w ciągu tej chwili, nagle, jak to w Azji, zapadł wieczór. Zrobiło się ciemno i w dodatku lunęło na całego. Na szczęście, jak przystało na świetnie przygotowanych podróżników w czasie pierwszej wyprawy do Tajlandii, wiedzieliśmy, że dosłownie na przeciwko jest podobno jakaś świetna chińska knajpa.  Knajpa była – dwa razy droższa od wszystkich, które odwiedziliśmy w Bangkoku, za to pierwsza, w której wszystko co zamówiliśmy, było tak ostre, że nie daliśmy rady tego zjeść.

Do pokoju wróciliśmy przemoczeni, głodni i ze ze sporo lżejszym portfelem. No dobra, pomyśleliśmy sobie – jutro będzie nowy dzień, w końcu plaża, słońce i błękitne laguny. Ale kiedy obudziliśmy się rano, za oknem było nadal szaro i siąpił cieplutki, ale nieustępliwy deszczyk. W pierwszej chwili mieliśmy ochotę wrzucić nasze ledwo rozpakowane rzeczy z powrotem do plecaków i wynieść się stamtąd gdziekolwiek, choćby z powrotem do Bangkoku. Ale ostatecznie stwierdziliśmy, że wyjechać zdążymy zawsze, a póki co, sprawdzimy jak to całe Ao Nang wygląda za dnia.

Miasteczko ma kształt odwróconej litery T. Jej poprzeczna belka rozciąga się wzdłuż plaży, która chociaż szeroka i piaszczysta, nie jest specjalnie interesująca. Jej największym atutem są otaczające Ao Nang  skaliste, piaskowo-rude klify, które wyglądają, jakby unosiły się nad wodą i jest to widok, który rzeczywiście robi wrażenie. Przy plaży znajdują się liczne knajpki, stoiska na których można kupić soki i  owoce  (całe, albo obrane, pokrojone i zapakowane w foliowe woreczki) oraz obwoźne smażalnie naleśników roti, czyli najpopularniejszego backpakerskiego śniadania w Tajlandii.

_DSC9240_20121219_065142_DSC8947_20121217_120326

Po całym dniu możecie się wybrać do jednego z rozłożonych przy plaży wielkich namiotów i zafundować sobie masaż z widokiem na zachód słońca:

_DSC8766_20121216_132748

Najbardziej polubiliśmy wschodnią część plaży, na której zazwyczaj można było spotkać sporą gromadkę małp – ciekawskich, towarzyskich i obdarzonych złodziejskim talentem. Ten na przykład osobnik rozpakowuje sobie właśnie duriana, którego przytargaliśmy  z drugiego końca miasta:

_DSC9432_20121221_105510

Zwłaszcza najmłodsze małpiątka nie przepuszczały żadnej okazji, żeby pohuśtać się na torbie i przy okazji sprawdzić, co jest w środku:

_DSC9689_20121222_065014

Starsza młodzież, jak wszystkie nastolatki na świecie, wolała wygłupiać się we własnym gronie 😉:

_DSC9459_20121221_114015

Krótko mówiąc, plaża w Ao Nang to taka miejska plaża – fajne miejsce na spacer albo piknik:

_DSC9306_20121220_073425_DSC9414_20121221_080555_DSC9426_20121221_101418

Ale najważniejszymi miejscami przy plaży w Ao Nang są przystanie, z których tradycyjną długą łodzią można dostać się do sąsiednich zatok.

_DSC9322_20121220_074901 _DSC9319_20121220_074825

Na przykład do położonej tuż obok Ton Sai – trochę hipisowskiej miejscówki z niewielką plażą, którą z dwóch stron otaczają sięgające nieba skalne ściany.  Prawdziwy raj dla wielbicieli wspinaczki – nie ważne, czy masz już doświadczenie, dopiero zaczynasz, czy jeszcze nigdy nie próbowałeś – znajdziesz trasy o każdym stopniu  trudności, szkoły wspinaczkowe i wypożyczalnie sprzętu. Wieczorami, w klimatycznych barach z poduchami na podłodze, płynie piwo, dźwięki reggae i opowieści o tym, kto , gdzie i jak wysoko 😉. Panuje atmosfera luzu i chilloutu – można pływać kajakiem, ćwiczyć jogę, albo przebimbać dzień w barze, popijając owocowe shaki. Dobrą opcją na nocleg są  bambusowe bungalowy, położone nieco w głębi, w lesie. Może się tak zdarzyć, ze prąd będzie tylko przez kilka godzin dziennie, ale za to w łazience odwiedzi cię małpa 😉

_DSC8241_20121214_100130 _DSC8234_20121214_095707_DSC8249_20121214_102919page_DSC8274_20121214_105141 _DSC8254_20121214_103909\

Właściwie zaraz „za rogiem” od Ton Sai znajduje się mały Półwysep Railay i plaża Phra Nang – przez wielu uważane za jedne z najpiękniejszych plaż w Tajlandii, a może i na świecie. Nas nie zachwyciły aż do tego stopnia – może przez pogodę, bo przy popadującym codziennie deszczu woda była często zmącona i daleka od pocztówkowego turkusu, może przez raczej gruby piasek, a może przez spore tłumy (byliśmy w grudniu, czyli szczycie sezonu turystycznego). Ale skalne nawisy zwieszające się nad taflą wody i skały wyrastające wprost z morza wyglądają naprawdę fotogenicznie i jest to na pewno przyjemne miejsce na spędzenie dnia.

_DSC8552_20121216_113252_DSC8610_20121216_120501

Zwłaszcza, że po jedzenie nie trzeba daleko chodzić:

_DSC8611_20121216_120644_DSC8579_20121216_114707_DSC8449_20121216_080354_DSC8702_20121216_130501

Plaża Phra Nang słynie jeszcze z jednego miejsca – Jaskini Księżniczki, czyli niewielkiej groty wypełnionej różnej wielkości i koloru drewnianymi penisami. Jest kilka legend na temat tego miejsca – ta, którą my słyszeliśmy opowiada o księżniczce porwanej przez zalotnika, który próbował ją zmusić do małżeństwa, ale na szczęście pojawił się młody i zapewne przystojny rybak, który pannę uwolnił. Jaki udział w tej sytuacji miał penis, niegrzecznie byłoby dociekać 😉 Faktem jest, że motywy falliczne występują w  Azji  często i symbolizują moc, płodność i powodzenie. Na pamiątkę tych wydarzeń, rybacy do dziś zostawiają w jaskini wota w kształcie penisów, a duch księżniczki zapewnia im obfite połowy i bezpieczny powrót do domu. Naszym zdaniem, wygląda to na uczciwą wymianę 😉

Jeszcze jedna uwaga – mimo plażowego położenia i osobliwej dla europejskiego oka zawartości, jest to cały czas świątynia. Nie wypada wchodzić  w gaciach.

_DSC8590_20121216_115509

Z przystani w Ao Nang można wybrać się także na nieco bardziej oddalone wyspy. Jak na przykład na Bamboo Island

_DSC8771_20121217_050915

Albo  do zatoki Phang Nga, na wyspę Jamesa Bonda.

_DSC9091_20121218_064410 _DSC9081_20121218_062634

a po drodze zajrzeć do wioski morskich cyganów:

_DSC9161_20121218_083843_DSC9166_20121218_084104_DSC9150_20121218_083118

W zasięgu jednodniowej wycieczki jest też miejsce znane z innego filmu, czyli Niebiańska Plaża, po której hasał Leo Di Caprio z kolegami. Znajduje się ona w zatoce Maya, na wyspie Phi Phi  Le. Nie da się zaprzeczyć, że jest to naprawdę urocza okolica i może nawet uda się wam to dostrzec – jeśli tylko potraficie zignorować kilka setek turystów, którzy trafią tam razem z wami i każdy z nich będzie próbował zrobić sobie zdjęcie, na którym będzie wyglądał, jakby był sam na bezludnej wyspie. Nam udało się zrobić takie:  😉

_DSC8896_20121217_080115

Z Ao Nang można też wybrać się w głąb lądu – do gorących basenów termalnych, świątyń, albo ukrytych w lesie lagun:

_DSC8305_20121215_052548 _DSC8317_20121215_063906

No dobra, pamiętacie jeszcze, że Ao Nang ma kształt litery T?  Pora zająć się pionową kreseczkę, czyli długą ulicą leżącą prostopadle do plaży i będącą częścią drogi do Krabi. Właśnie tam rozkładają się wieczorem najlepsze kramy z jedzeniem, np. takie jak ten:

_DSC9543_20121221_130053

…na których możecie dostać prawie wszystko, co pływa, lata, rośnie lub chodzi po ziemi. To stworzenie na zdjęciu poniżej to skrzypłocz – żywa skamienielina, której błękitna krew ma zadziwiające właściwości rozpoznawania bakterii i niszczenia ich. Jest cennym surowcem używanym między innymi przy produkcji szczepionek – z tego względu oraz ponieważ skrzypłoczy jest naprawdę mało, nawet pozbawiony sentymentów przemysł farmaceutyczny traktuje je z atencją, jak honorowych krwiodawców. A w Tajlandii po prostu możesz je zjeść. My się nie skusiliśmy.

_DSC9557_20121221_165138

Najczęściej jadaliśmy w miejscu, które pokazała nam spotkana w Ao Nang wesoła polska gromadka (Magda, Michał, Kasia i Janek – dziękujemy!). Przy stoliku, który każdego wieczora rozstawiała koreańska rodzina, cumując obok wózek z garem pełnym zupy. Po kilku wieczorach byliśmy już tak zakumplowani, że szef tego przedsięwzięcia wziął na siebie misję poprawienia mojej (Izy) fatalnej techniki jedzenia pałeczkami. Po paru próbach (i wzbudzeniu szczerej wesołości wśród sąsiadów i przechodniów) machnął ręką i przyniósł w zamian laptopa, żeby pokazać nam zdjęcia z rodzinnych wakacji w Korei. Jakieś 800! Dodamy tylko, że na dużej części z nich było mieszkanie  wujka, u którego się zatrzymali. Jeśli karma wraca, to do nas wróciła właśnie wtedy, mszcząc tych wszystkich, których zmuszaliśmy do oglądania naszych zdjęć z podróży 😉 We did our lesson!

_DSC8960_20121217_160929

Dla porządku dodamy tylko, że zupa była zawsze bardzo dobra, a jeśli przesadziliśmy z dodatkiem pasty chili, gasiliśmy pragnienie specyfikiem, który stoi na stole w tej ciemnej butelce, wyglądającej trochę jak oranżada. To Lao Khao – nazywana też tajską whisky ryżową. Kiedy kupowaliśmy ją po raz pierwszy (pisaliśmy już, że nie potrafimy się oprzeć dziwnym lokalnym alkoholom ; ) sprzedawca z przerażeniem w oczach zasłonił przed nami półkę własną piersią, a kiedy upieraliśmy się przy zakupie, z rezygnacją wzruszył ramionami, odsunął się i wcisnął nam do torby jeszcze colę. Miał rację – solo jest toto nie do wypicia – śmierdzi jak benzyna i smakuje jak destylat ze smoły, ale z colą i całą szklanką lodu wchodzi całkiem gładko, wprawia w miły nastrój, nie powoduje kaca i kosztuje około 60 bahtów, czyli jakieś 7 zł 😉

Mały update, bo Wojtek zgłosił zdanie odrębne – jego zdaniem wcale nie wchodziło gładko, a cuchnęło i smakowało jak paliwo rakietowe (?!!!!). Ja tam pamiętam to inaczej. Chyba powinnam się wstydzić 😜

Na dalszą część wieczoru zaglądaliśmy do Coconut Bar – uwielbialiśmy to miejsce, było jak z filmu! Fantastyczny band grający rockowe covery, wyluzowana i uśmiechnięta od ucha do ucha obsługa, gorące powietrze i zimne drinki w kolorowych wiaderkach – czyli przepis na idealną wakacyjną noc:

_DSC9605_20121221_190754-Kopiapage

Po kilku dniach w Ao Nang mieliśmy już swoje ulubione miejsca i czuliśmy się tam na tyle dobrze, że chętnie wrócilibyśmy tam jeszcze na chwilę, mimo, że samo miasteczko ma bardzo turystyczny charakter i ilością stoisk z badziewiem może spokojnie konkurować z Władysławowem w szczycie sezonu. Krajobraz tej części Tajlandii, z zielenią lasów i wapiennymi górami wyrastającymi prosto z morza zapiera dech (przez co nawet zatoka Ha Long nie zrobiła na nas później aż takiego wrażenia), ale jeśli ktoś szuka rajskich widoków i odludnych plaż, to może się rozczarować – stąd znak zapytania w tytule tego posta. Uważane za najpiękniejsze tego typu miejsca – plaża Phra Nang i Maya Bay są pełne turystów z pobliskich luksusowych hoteli i  dowożonych tam łodziami. Zresztą…. nie do końca wyglądają tak, jak na reklamowych folderach. Woda nie ma tego pocztówkowego turkusu, a piasek nieskazitelnej bieli, wyglądają raczej tak, jak poniżej:

_DSC8255_20121214_103952

Być może inaczej to wygląda w pełnym słońcu, którego, jak widzicie na zdjęciach, w czasie naszego pobytu trochę brakowało. Ale – ku naszemu zdziwieniu, po pierwszym rozczarowaniu – wcale nam to nie przeszkadzało. Cieszyliśmy się gorącym powietrzem, wodą w morzu, do którego można było wejść jak do wanny, a nawet ciepłym deszczem, który nam towarzyszył. Piliśmy wodę z młodych kokosów, objadaliśmy się owocami i robiliśmy mnóstwo wycieczek po okolicy, podglądając jak toczy się życie.

_DSC9324_20121220_120328 _DSC9343_20121220_121353

Czasami trafialiśmy na widoczek niemal kiczowaty w swojej urodzie:

_DSC9355_20121220_121930

a czasami na coś takiego, jak ta kapliczka, której mieszkaniec, najwyraźniej miał bardzo sprecyzowany gust, jeśli chodzi o gazowane napoje:

_DSC9304_20121220_072700

Więc jeśli marzy się Wam taki klasyczny hamaczek przy pochylonej nad wodą palmie – pomyślcie raczej o innych miejscach. Ale jeśli macie ochotę się poszwędać, powspinać, ponurkować i po prostu odpocząć – przyjeżdżajcie do Krabi. Z Ao Nang będziecie mieli wszędzie blisko.

Praktycznie:

🍀 Zatrzymaliśmy się w Ao Nang Andaman Resort & Tour –  pokój był duży i wygodny, z klimą i własną łazienką. Oddalony od centrum o jakieś kilkanaście minut spaceru. Całkiem przyzwoita miejscówka.

🍀 Bilet na łódź do Ton Sai albo Railey to koszt około 100 bathów  w obie strony

🍀 Bilety na dłuższe wycieczki na wyspy albo w głąb lądu można kupić na przystani albo w jednej z licznych agencji turystycznych. My korzystaliśmy z pomocy Leszka Limeryka, który od kilkunastu lat mieszka w Tajlandii (właśnie w Ao Nang) i organizuje takie eskapady. Bardzo polecamy. Z Leszkiem najłatwiej skontaktować się przez FB

Podobał Ci się ten tekst, znalazłeś w nim przydatne informacje? Daj nam lajka i podziel się ze znajomymi – będzie nam bardzo miło! Chcesz o coś zapytać, pogadać, albo napisać, że pięknie wyglądamy na zdjęciach 😜? Czekamy w komentarzach!

Może Cię też zainteresuje:

No Comments

Post A Comment